Wersje konsolowe mają dwie znaczące różnice: po pierwsze zamiast przeplatać misje z kolejnych kampanii ze sobą, są one podane ciągiem.

Najpierw mamy więc front wschodni, potem Afrykę, a na końcu front zachodni.

W ramach próby urozmaicenia w ich obrębie nie trzymamy się jednego bohatera, często zmieniając żołnierzy, którymi przyjdzie nam kierować - ma to o tyle większy sens, że w teorii nie mamy do czynienia z szeregowym piechurem, który i dobrze likwiduje cele jako snajper i czołgiem pojeździ, a jak się trafi do i eskadrę bombowców strąci.

Przełomową cechą serii jednego-z-wielu", walczącego ramię w ramię z kompanami.

Oczywiście koniec końców nadal to my wszystko robiliśmy, jednak było to bardzo udanie maskowane, a sojusznicy potrafili walczyć.

Co jednak, gdy piszący ewidentnie musiał wytrząsnąć całą masę trupów z szafy, by dokopać się do opisywanej gry? Wygrzebując tytuł z początku serii, możliwości mam wiele: mógłbym mrugnąć w stronę tych, którzy chcieliby powrotu do II WŚ; mógłbym ponarzekać na obecną formę serii lub mógłbym po prostu napisać recenzję najlepiej jak potrafię.

Ostatnie opcja jest najnudniejsza, ale za to to czego nie napiszę, będziecie mogli sobie dopowiedzieć - bo w końcu chyba nie ma gracza, który na dźwięk "Call of Duty" nie ma jakichkolwiek skojarzeń.

Tutaj tak nie jest, bo najlepsze, co może nas spotkać ze strony przyjacielskich sołdatów to ich zgon, po którym może zostanie trochę amunicji lub apteczkę.

Do tego AI ma duże problemy z towarzyszeniem nam - nic nie wzbudza ducha walki lepiej, niż puste spojrzenia kompanów, którzy odmawiają ruszenia się z już oczyszczonego budynku i wspomożenia nas w dalszych walkach.

Zmiana ta była tak zauważalna, że to właśnie jej ówczesne recenzje poświęcały najwięcej miejsca...

i tak właśnie wyglądała premiera wersji konsolowych.

Wszystko przebiega tak jak w wersji na PC i , do momentu gdy dobiegniemy do linii zburzonych budynków.